Jak stałem się dev-wannabe, czyli dlaczego zacząłem programować?


W sumie chyba dlatego, że zawsze byłem maniakiem komputerowym, a programowanie uważałem za coś wyjątkowego.

Pierwsza miłość

Tak na samym początku, to trenowałem Judo. Ojciec na moją prośbę zapisał mnie na sekcję jak miałem około 9 lat i ćwiczyłem trzy lata, minimum trzy razy w tygodniu. Nie wiem dokładnie, w którym momencie, ale wyczaiłem, że niedaleko sekcji judo stoi tzw. ‘salon’ z grami wideo. Odkąd o nim wiedziałem, chodziłem tam po każdym treningu. Jak miałem jakieś monety to grałem, a jak nie, to patrzyłem jak inni grają (Pac-Man, Moon Patrol, Space invaders, Super Mario itd.). Gry wideo to był taki pierwszy kontakt, sam początek, który wyrobił u mnie późniejszą miętę do komputerów i ciekawość jak one działają. Moim pierwszym komputerem była Amiga 500. Wcześniej jednak miałem możliwość usiąść od czasu do czasu u kumpla przy Atari 800XL – zawsze na tę okoliczność prawie ‘lałem’ po nogach ze szczęścia. Chodziłem też w soboty na kółko komputerowe, gdzie mąż bibliotekarki pokazywał podstawy Logo, a potem można było trochę pograć.

Pod koniec podstawówki, na fali Heavy Metalu, a następnie już najrozmaitszej muzyki, do duetu zainteresowań stopniowo zaczęła dołączać nauka gry na gitarze. No a gdzieś na początku szkoły średniej sprzedałem Amigę (czego teraz żałuję) i na jakiś czas bardziej zainteresowałem się rock and rollem i gitarą, a temat miłości do komputerów chwilowo przysechł.

Połączenia sieciowe

Początek moich studiów nałożył się czasowo na sam początek, chyba nie przesadzę, późniejszej eksplozji Internetu w Polsce. Wcześniej rzadkością było posiadanie modemu, a komputery jeszcze w latach 90-tych łączyliśmy z kolegami za pomocą wyjść drukarkowych LPT, żeby potem po 8-12 godzin dziennie ciąć na zmiany w Quake 1 😉 . Później, jak już graliśmy w Quake 2, łączyliśmy się po kablu BNC i ‘sieciówkach’.  Jeszcze chwilę później przyszedł pomysł, żeby nie znosić kompów, a w zamian poprowadzić kabel z ‘okienka do okienka’ i grać od siebie z pokoju. No a jeszcze nieco później, gdzieś około roku 2000 pojawiła się możliwość wydzierżawienia pary drucików od jednego ze śląskich zakładów i podłączenia do istniejącej już sieci nastu komputerów, Internetu (1 Mbit/s). Szczęście było spore, a oparte w dużej mierze na tym, że studzienka z kablem była niedaleko mojego bloku, więc… kopaliśmy 🙂 .

Magia Internetu

Wtedy miały miejsce pierwsze instalacje systemu Linux (Redhat jako pierwszy), który pełnił funkcję routera. W miarę jak przybywało ludzi trzeba było ogarnąć zarządzanie ruchem, kompilację jądra z odpowiednimi modułami, zaznajomić się z iptables, pisać kolejki (algorytm htb), umieć reagować na możliwe psikusy użytkowników. Cóż, dzisiaj może się wydawać trochę zabawne posiadanie 1 Mbit/s powiedzmy na 35 osób, skoro w normie jest 50 Mbit/s, tylko dla siebie. Jednak nie można zapominać, że alternatywą wtedy był modem telefoniczny z szybkością max 56 kbit/s lub SDI, a usługi Neostrady i DSL jeszcze nie było.

Był to też odpowiedni moment, żeby z zajawki/pasji zrobić dochodowy interes i zdawałem sobie z tego wtedy sprawę. Na mojej dzielnicy teren był dziewiczy. Jak zaczynałem, przez pierwsze lata nie było profesjonalnego dostawcy. Żeby jednak sprofesjonalizować swoją sieć, musiałbym zdobyć odpowiednie zezwolenia. Z jednej strony w spółdzielni, żeby pozwolili wiercić piony, zakładać skrzynki itp., a to bez znajomości tamże był bardzo ciężki temat. Z drugiej zaś pozwolenia budowlane, np. na przekopanie rowów pod kabel między blokami. Ja miałem wszystko na przewieszkach, co oprócz tego, że było ‘na lewo’, to paliło również karty sieciowe podczas wyładowań atmosferycznych. Dodatkowo trzeba było mieć jakiś kapitał, bo choćby wiertarka do betonowych pionów ze sprzęgłem kosztowała już nie mało, a do tego dochodziły inne narzędzia, urządzenia i ktoś do pracy. Ja jednak byłem bardzo młodym chłopakiem i nie miałem ani znajomości, ani odpowiedniej kaski.

Emigracja

Jak zaczynałem pracę po roku 2000, to serio nie było łatwo na rynku pracy i często było tak, że jak już dostałeś robotę, to było dobrze. Branża IT nie istniała w takiej formie jak teraz, a ja nie studiowałem informatyki tylko filozofię 😉 . Po studiach popracowałem więc parę lat w handlu i około 2006 r. wygasiłem sieć, a następnie wyemigrowałem, jak wielu innych młodych ludzi, do Wielkiej Brytanii, robić karton gipsy, bo z językiem było wówczas kiepsko. Nie to, że się w szkole nie przykładałem, po prostu nie miałem nigdy w szkole języka angielskiego 🙂 . W każdym razie pamiętam, że jak się już troszkę podszkoliłem z tego angielskiego, to gadałem przy piwie z jednym Anglikiem i opowiadał mi o swoim szwagrze, że zajmuje się programowaniem w Java i ma super robotę w Londynie. Wróciła do mnie po latach ta rozmowa i szkoda mi było, że wtedy nie zaświeciło mi się nic w głowie, bo mógłbym być aktualnie o wiele bardziej do przodu.

Jednak w momencie wyjazdu do Anglii była ze mną myśl, że się już nie nadaję do pracy w IT. Czułem, że coś było, ale nie wyszło i tyle. Wiązało się to z tym, że m.in. przez brak funduszy nie udało mi się sprofesjonalizować mojej sieci, w efekcie czego musiałem ją wyłączyć. Jak również z tym, że zawodowo pracowałem w handlu, więc nie miałem naturalnego gruntu do tego żeby się rozwijać. 

To wszystko sprawiło, że myślałem sobie, że teraz są o wiele lepsi, po studiach, z którymi konkurowanie można sobie odpuścić, a branża IT mi odjechała, tym bardziej, że w niej oficjalnie nawet nie pracowałem. Posiedziałem w Anglii dwa lata z kilkumiesięcznym okładem i dostałem propozycję założenia rodzinnej firmy prowadzącej księgowość, czym się do niedawna zajmowałem, czyli jakieś 8 lat. Firma dalej działa, jednak ja postanowiłem odejść.

Nauka chińskiego

Ta księgowość w pewnym momencie już tak mnie gniotła, że sam nie wiedziałem co mam dalej ze sobą robić i zacząłem się uczyć chińskiego. Wynikało to też z tego, że ogólnie zainteresowałem się Chinami i ich wpływem na świat, który teraz już coraz bardziej można gołym okiem obserwować. Tak więc znalazłem korepetytorkę i zacząłem codziennie ‘po godzinach’ pisać chińskie znaki, słuchać nagrań i uczyć się wymowy. Teraz co prawda już raczej niewiele z tego pamiętam, ale ostatnio jak byłem na saunie i byli Chińczycy, to się zdołałem po chińsku przywitać 🙂 .

To może jednak programowanie?

Po około trzech miesiącach doszedłem do wniosku, że skoro potrafię się tak systematycznie uczyć chińskiego, to może mógłbym zacząć robić coś, co mogłoby mi realnie pomóc w zmianie kierunku mojej aktualnej drogi zawodowej, na której, jak miałem coraz bardziej dosadne wrażenie, zbłądziłem. Tak też podjąłem decyzję, że zamieniam chiński na angielski i dokładam programowanie. Żona obserwując wcześniej z odrobiną nie wiadomo czego, jak ćwiczę te chińskie znaki, od razu poparła pomysł. Wcześniej z resztą wielokrotnie wzdychałem do pracy w IT i programowania, w stylu że szkoda, ale to już nie dla mnie – za stary jestem, trzeba było kuć żelazo jak byłem młodszy itp. Żona wtedy mówiła, że jej zdaniem skoro tak lubię te komputery, to dałbym sobie radę i powinienem się rozwijać w IT. Dziwiła się też, że tyle przesiedziałem w tej księgowości zamiast już w IT pracować.

No i w ten oto sposób, coś znowu błysnęło, tj. ta drzemiąca we mnie mięta do technologii komputerowych przebudziła się jeszcze raz.

Kiedyś miałem romans z Assemblerem. Dorwałem skądś książkę “Zrozumieć Asembler” Jeffa Duntemanna i z niejakim podnieceniem uczyłem się o tym jak działają półprzewodniki, procesor, pamięć, co to mnemoniki. Przepisywałem kod, który poprzez operacje na pamięci robił jakieś proste rzeczy, jak ‘hello world’ lub prosta arytmetyka, starając się go usilnie zrozumieć. Jednak programistą Assemblera nie zostałem. A co mi to dość odległe doświadczenie dawało przy stosunkowo niedawnych przymiarkach do nauki Javy?

Sądzę, że zaczynając niestety nie wiedziałem nic, i to nie tylko o Javie, którą wybrałem żeby się jej uczyć, ale ogólnie po prostu nie umiałem programować. Nie mniej tak się ułożyło, że zyskałem wiarę, aby rozpocząć pracę niezbędną do osiągnięcia celu jakim miało by być stanowisko junior Java developera. Odpuściłem więc po latach pracy księgowość, założyłem tego bloga i zacząłem naukę, stając się dev-wannabe 🙂 .

PS
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich odczuwających potrzebę zmiany w swoim życiu, jak i próbujących coś zmienić.

2 komentarze do “Jak stałem się dev-wannabe, czyli dlaczego zacząłem programować?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *